Skok na kasę polskiej klasy średniej

22.12.2013 16:00  Kredyty mieszkaniowe
Skok na kasę polskiej klasy średniej
W latach 2004-2010 mieliśmy na polskim rynku usług bankowych do czynienia z dość niezwykłą, z punktu widzenia klienta sytuacją: banki stworzyły kartel, który spowodował, że klient chcący zaciągnąć kredyt hipoteczny miał do wyboru albo drogi kredyt w złotówkach, albo „tani” denominowany we frankach szwajcarskich.

Przygotowanie operacji

Jak wiadomo na koszt kredytu we frankach szwajcarskich składały się: dla banku – wkład własny – około 10% wartości w danej walucie plus reszta z depozytów własnych – oddziałów banków w Polsce lub z banków-matek za granicą. Dla klienta kosztem było oprocentowanie, którego stopę ustala Rada Polityki Pieniężnej biorąc pod uwagę wskaźniki makroekonomiczne, to znaczy stan i perspektywy polskiej gospodarki, oraz kondycję polskiego sektora bankowego, w tym między innymi wypłacalność oraz ogólną dostępność pieniądza na rynku. Dostępność pieniądza gwarantowały spółki-matki banków w Polsce z jednej strony, a z drugiej strony Narodowy Bank Polski w oparciu o rezerwy własne i środki z zagranicznych linii kredytowych. Kolejnym elementem ceny, ustalanym wyłącznie przez banki był i jest kontrowersyjny (bo fikcyjny) wskaźnik WIBOR. I ostatnim elementem jest marża banku.

Wszystkie te elementy były faktycznie w rękach banków w Polsce lub ich spółek-matek za granicą. W 2010 roku miała w Polsce wygasnąć droga, bo kosztująca nas, podatników, 187 milionów dolarów rocznie linia kredytowa MFW, dzięki której działające w Polsce banki mogły swobodnie oferować dużą pulę kredytów,  nie obawiając się ryzyka braku dostępności gotówki zabezpieczającej. Przeciwny przedłużeniu niepotrzebnej, z punktu widzenia polskiej gospodarki, linii był prezes LPP, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Jego następca, namaszczony przez premiera Tuska, nie miał już oporów i rząd podpisał umowę na kolejne dwa lata za jedyne 107 milionów dolarów. Wszystko to w kontekście rozpędzającej się gospodarki i strumienia finansowania z funduszy UE, zmniejszającej się inflacji i zwiększającego optymizmu na młodym, polskim rynku. W tle trwał bezprecedensowy boom budowlany – skoro są pieniądze w bankach, Polacy są pełni optymizmu, a w dodatku finansowo niedoświadczeni i skłonni do wyrzeczeń przy spłatach, kiedy już jakieś zobowiązanie kredytowe zaciągną pozostało tylko korzystać.

Kowalski idzie po kredyt

Zagraniczne banki-matki dysponujące depozytami swoich klientów za granicą, które nie były zbyt wysoko wykorzystywane do akcji kredytowej na ustabilizowanych i zabezpieczonych rynkach Europy Zachodniej i USA podjęły decyzję o udostępnieniu części tych depozytów jako zabezpieczenia akcji kredytowej w krajach Europy Środkowej, w tym w Polsce. Trzeba było jednak przekonać Polaków do zaciągania kredytów i to takich, które z jednej strony nie przyniosłyby tym bankom strat, z drugiej natomiast – dałyby szanse lepszego zarobku.

Idealnym, wypróbowanym wcześniej produktem były kredyty denominowane we franku szwajcarskim. Z jednej strony zabezpieczały one przed ryzykiem strat z tytułu różnic kursowych przy zwrocie kapitału założonego (owych 10% rzeczywistych wkładów walutowych), z drugiej natomiast zabezpieczały wartość zysków, w większości transferowanych potem i rozliczanych w centralach tych banków. Był jednak problem z ofertą konkurencyjną, w „lokalnej” walucie. I ten problem udało się rozwiązać.

Banki z jednej strony manipulowały ustalanym przez nie same WIBORem (podwyższał się systematycznie w tych latach), a z drugiej strony ich centrale przygotowały wcześniej teren - lobbowały w MFW o elastyczną linie kredytową dla Polski tak, żeby zabezpieczyć się, przez i kosztem NBP i Skarbu Państwa, w razie pogorszenia stanu płynności na skutek swoich akcji kredytowych w walutach obcych. Co podniosło stopy procentowe i podrożyło ten „konkurencyjny” produkt, generując przy tym dodatkowe zyski z wyższych arży przy udzielaniu tych kredytów.

W ten sposób banki w Polsce wypracowały sytuację, w której na tak płytkim rynku, klient miał do wyboru: albo wziąć rzeczywiście drogi (WIBOR plus wysokie stopy procentowe RPP, wymuszone wieloma czynnikami płynącymi z zagranicznych rynków i instytucji finansowych) kredyt w złotówkach, albo pozornie tani tzw. kredyt we frankach szwajcarskich (w rzeczywistości oparty jedynie w 10% na faktycznym udostępnieniu danej sumy w tej walucie).

Potwierdza to, oprócz niezależnych ekonomistów, sam doradca Prezesa Zarządu PKO Banku Polskiego S.A., odpowiedzialny za inwestycje kapitałowe w artykule dla portalu centralbanking.com : „Dominacja zagranicznych banków jest problemem dla polskiego sektora bankowego. Międzynarodowe grupy bankowe często używają modelu, w którym ich polskie spółki uzyskują tani pieniądz z kapitału grupy, który jest transferowany do Polski. Kiedy na poziomie europejskim pojawia się problem z dostępnością pieniądza (w danej walucie lub w ogóle), wówczas pojawiają się zakusy banków nadrzędnych do wycofania linii finansowych z Polski. To powoduje napięcia na lokalnym rynku bankowym.” Napięcia jednak nie było, dzięki... decyzji rządu Rzeczpospolite Polskiej. Zamiast tego pojawiły się zyski.

Po kilku latach spłacania, kiedy to lobby bankowe umiejętnie szczuło na siebie kredytobiorców we frankach i w złotówkach, okazało się, że przewidywania banków, po doświadczeniach w Peru, Turcji, czy Australii, gdzie takie operacje przeprowadzano już w latach 90 XX wieku, były trafne. Opłaty za drogie kredyty w złotówkach pokrywały ich koszty z depozytów lokalnych, a zyski z kredytów denominowanych we frankach zwiększyły się o kilkadziesiąt procent.

Problem tkwił w skali zwyżek kursu franka do złotego (i innych środkowo-europejskich walut w innych krajach). Ściskający do bólu zęby Polacy zaczęli dostrzegać, że zostali oszukani. Wpuszczeni niczym stado baranów do zagrody z dwoma przedziałami z napisem: „frank” i „złotówka”. Kiedy „barany” z zagrody złotówka zaczęły zbyt głośno beczeć, odezwał się chór z zagrody „złotówka”, mówiący, że przecież oni mieli gorzej. W ten sposób, przy chichocie prezesów banków, liczących miliardowe zyski, stado baranów szło potulnie na bankową rzeź. Dla tych, którzy nie chcieli długo cierpieć, rząd, za podszeptem nowego ministra finansów, świeżo wytransferowanego z banku ING przygotował „szybką ścieżkę” – nową ustawę o upadłości konsumenckiej.  I wydawało się, że problem został definitywnie załatwiony.

Bunt Kowalskiego

Tymczasem na początku 2013 roku Kowalski o nazwisku Sadlik, któremu bank chce zabrać cały dorobek życia i jeszcze więcej, zaczął czytać. Wyczytał, że w innych krajach kredyty we frankach są zabronione od 1999 roku (Francja), że istnieje coś takiego jak złe doradztwo (orzeczenia z Belgii, Wielkiej Brytanii, Niemiec 2002-2011), że bank jest współodpowiedzialny za udzielenie ryzykownego kredytu w walucie obcej (Austria, 2013). Że organy nadzoru bankowego kraju pochodzenia „jego” banku (Raiffeisen, Austria) już w 2008 roku zakazały udzielania takich kredytów, a w Polsce było to jeszcze w tym roku wciąż możliwe. Wreszcie, że Komisja Europejska nałożyła na duże banki europejskie olbrzymie kary za manipulowania wskaźnikiem LIBOR (jeden ze składników kosztów kredytu we frankach) i prowadzi dochodzenie w sprawie WIBORu i innych oraz w kierunku legalności kredytów we frankach dla obywateli poza Szwajcarią i Watykanem - w ogóle.

Że rządy niektórych krajów (Węgry, Islandia) pomagają poszkodowanym, nie zostawiając ich na łaskę uboju. A sądy najwyższe wielu krajów w Europie, w tym w Polsce (dwa orzeczenia, jedno w stosunku do przedsiębiorcy, jedno – osób prywatnych). Przyznały rację klientom. A rekomendacje polskiego nadzoru bankowego służyły bankom za listek figowy – wystarczyło d umowy wpisać odpowiednią formułkę – i już. Kowalski – Sadlik nauczył się wielu rzeczy. Rozmawiał z finansistami, prawnikami, rzecznikami praw konsumentów w Hiszpanii, Brukseli, Londynie, Wiedniu, Warszawie i Krakowie. Założył Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Banki, które już teraz zrzesza ponad półtora tysiąca sympatyków – kredytobiorców we frankach i w złotówkach i, zaraz po rejestracji (w styczniu 2014), wzorem innych organizacji w innych krajach w Europie, ruszy do działania z donośnym rykiem nadziei tych, którzy na rzeź się nie godzą.

Tomasz Sadlik
Stowarzyszenie Obrony Poszkodowanych przez Banki Pro Futuris

kk

  • RSS
Dodaj artykuł do: Facebook Wykop.pl twitter.com


Komentarze

   → Zobacz wszystkie

Najnowsze

Dodaj komentarz (10-500 znaków)

finanse_osobiste