Jesteś w: Strona główna » Biznes » Gospodarka » Rynek Zdrowia

SYSTEM FINANSOWY DO WYMIANY

11.05.2017 10:40  Rynek Zdrowia
SYSTEM FINANSOWY DO WYMIANY
Wyobraźmy sobie, że w Polsce funkcjonuje taki system prywatnej służby zdrowia, w którym pacjent nie płaci za wizytę. Brzmi atrakcyjnie? Na pierwszy rzut oka wydaje się to idealnym dla nas rozwiązaniem. Mamy serwis, za który nic nie płacimy. Super. Ale dodajmy jeszcze, że lekarz, który nas leczy, dostaje ułamek z tego, co wydamy na antybiotyki, lekarstwa, diagnostykę, rehabilitację i inne zabiegi. To oznacza, że im więcej i drożej kupimy, a lekarz nam sprzeda, tym większa pensja dla lekarza. Czy teraz też uważamy, że to dla nas korzystne?

Czy przychodzimy zatem do lekarza czy sprzedawcy? Czy mamy zaufanie, że wszystko to, co się nam przepisuje, jest rzeczywiście dla naszego dobra czy dla dobra kogoś innego? Oczywiście, nawet w takim systemie będą lekarze, którzy pacjenta postawią na pierwszym miejscu i niejako zapomną o tych „działkach” za sprzedane „produkty”. Pacjent ma szczęście. Ale system z natury będzie wypierał z siebie takich lekarzy, bo nie będą zbyt dochodowi dla firmy.
 
A tak właśnie wygląda w Polsce system finansowy, który ma „pomagać” w oszczędzaniu, inwestowaniu. I nie tylko w Polsce. W Europie najczęściej też. Najbardziej zbliżony do zdrowego rozsądku system jest w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, gdzie spora część biznesu skierowana do osób indywidualnych jest oparta na tzw. niezależnych doradcach (ang. Independent Advisors).
 
Dodajmy jeszcze, by było bardziej zabawnie, że każdy pacjent po wizycie u tegoż naszego lekarza i po otrzymaniu recept, podpisuje dokument, w którym zaświadcza, że wszystko zrozumiał, wszelkie ryzyka związane z leczeniem zostały mu wyjaśnione, a on je akceptuje. I w ogóle przeszedł 7-minutowy kurs, w trakcie którego zrozumiał wszystko to, co normalni ludzie pojmują po kilku latach studiów i jeszcze kilku, kilkunastu latach doświadczenia. Ot, tacy pacjenci – geniusze. 
Przekładając to na rynek finansowy – klient podpisuje, że przeczytał prospekt informacyjny, zapoznał się z ryzykiem itd. Wszystko dla dobra klienta przecież.

Może dlatego nie zdarzyło się chyba jeszcze, by ktoś wygrał spór z instytucją finansową w obszarze inwestowania, oszczędzania, gdzie była jakaś nierzetelność. No bo jak ktoś może wygrać, skoro klient wszystko wiedział, zapoznał się dokładnie z produktem i generalnie jest ekspertem w inwestowaniu? Na dodatek klient ten zaświadczył to na piśmie.
Efekt? Brak zaufania do systemu.

Mocno to zaufanie zostało nadszarpnięte poprzez kryzys 2007-2009 i trwa z mniejszym natężeniem do dzisiaj. Efekt? Jedynie 4-7% oszczędności Polaków jest lokowanych w produktach akcyjnych, a ponad 70% aktywów lokowanych jest w formie depozytów i gotówki w banku. Oczywiście powodów takiego stanu rzeczy jest wiele (też i dekoniunktura w Polsce na rynku akcji,) ale jednak pamiętajmy, że przed kryzysem udział produktów akcyjnych w strukturze oszczędności wynosił około 20%.
 
Ludzie wyczuwają, że system finansowy mający pomagać im w inwestowaniu jest po drugiej stronie barykady jeśli chodzi o interes. Jedynym ratunkiem dla inwestora na to, by mieć skrawki pomocy, jest trafić na sensownego człowieka, który mimo niedogodności stawianych przez system finansowy będzie stawiał swojego klienta na pierwszym miejscu. Nie jest to łatwe.
Jak to można zmienić? Tylko i wyłącznie poprzez system edukacji. Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest z tym o niebo lepiej niż u nas, mówi się coraz częściej o potrzebie zwiększonej edukacji finansowej. Jednym z propagatorów tej idei jest noblista Robert Schiller.

A pamiętajmy, że poziom edukacji finansowej w USA w porównaniu do naszej to jak gimnazjum do zerówki. Kto ma wziąć na siebie ten ciężar? Niestety państwo. Inaczej się nie da. Instytucje finansowe tego nie zrobią, bo tym samym będą podcinać gałąź, na której siedzą. Wprowadźmy do szkół od podstawówki choćby jedną godzinę w tygodniu podstaw matematyki finansowej, liczenia procentów, a potem „gier inwestycyjnych” i wiele innych pomysłów. Uczmy dzieci o procencie składanym, o tym jakie stopy zwrotu są możliwe do uzyskania na poszczególnych klasach aktywów (typu obligacje, akcje itp.). To naprawdę jest w gruncie rzeczy bardzo proste i nie wymaga zdolności matematycznych. To nawet może być ciekawe…
 
Skutek? Może być potężny. Wyobraźmy sobie wioskę ludzi, którzy chodzą 1 km po wodę do studni i na tym ktoś, kto operuje studnią, zarabia. Nie tylko ludzie tracą cenny czas, to jeszcze płacą bez sensu pieniądze zamiast je wykorzystać na jakieś pożyteczne rzeczy. A wyobraźmy sobie, że ktoś z tej wioski wpadł na pomysł wybudowania studni w wiosce. Proste, prawda? Nie biegamy, nie tracimy czasu, a mamy wodę i oszczędności w kieszeni. Teraz przełóżmy to na miliony ludzi w całym kraju. Otóż nawet elementarna widza finansowa uświadomi nas, że lepiej mieć studnię na miejscu i znajdywać proste rozwiązania inwestycyjne dla siebie bez konieczności korzystania z bardzo drogiego systemu finansowego.

Rafał Lorek
Partner w Lorek Pawlak Family Office

  • RSS
Dodaj artykuł do: Facebook Wykop.pl nk.pl blip.pl twitter.com

Komentarze

  

Dodaj komentarz

biznes