Sztuka - sfera ducha

02.03.2014 19:45  Sztuka
Sztuka - sfera ducha
Rozmowa z Krzysztofem Stanisławskim, dyrektorem artystycznym oraz Krzysztofem Fabijańskim, właścicielem Galerii STALOWA

Czy sztuka bywa postrzegana przez pryzmat ekonomii?

K.S.:
Dzisiaj, w epoce globalizacji i komunikacji masowej, momentalnej, wszystko dzieje się równolegle w różnych zakątkach świata. Wszyscy mają równe prawa w tworzeniu wartości intelektualnych i artystycznych. Genialny obraz czy film może powstać w najdalszym, najbardziej prowincjonalnym miejscu na Ziemi. I powstają takie obrazy, a nawet fabularne filmy nakręcone telefonem komórkowym i trafiają na prestiżowe festiwale i biennale. Choć to tylko przypadki incydentalne, jednak się zdarzają.

Dziś, tak samo jak zawsze, najważniejsze są w sztuce nowe wartości, oryginalność i uniwersalizm. To sfera ducha. Trudno jej jednak egzystować bez spełnienia pewnych warunków, w jakich te walory dzieła sztuki mogą zaistnieć, funkcjonować i być promowane. To fakt istnienia lub nie infrastruktury kulturalnej (muzeów, centrów sztuki, galerii), rynku sztuki (wraz z koherentnym, ogólnoświatowym systemem notowań cen prac artystów), edukacji (także w zakresie szkolenia kuratorów), fachowej prasy i portali internetowych. A to już sfera ekonomii.

I na tej płaszczyźnie daleko nam w Polsce do normalności?

K.S.:
Przy pierwszorzędnej i niezwykle wartościowej sferze ducha, sfera ekonomii mocno kuleje. Dlatego też, przynajmniej na razie, artyści z Polski i całego naszego regionu wschodnioeuropejskiego, wciąż osiągają status twórców pierwszorzędnych, liczących się, docenianych na świecie, osiągających wysokie ceny za swoje dzieła tylko wtedy, gdy stąd wyjadą lub podejmą stałą współpracę z galeriami zachodnimi. Czyli pomimo pozorów rewolucji XXI wieku, sytuacja niewiele zmieniła się od czasów Soutine’a czy Kislinga albo Romana Opałki. Nie oszukujmy się, status Wilhelma Sasnala, międzynarodowej gwiazdy malarstwa, nie został wypracowany przez polskie instytucje czy galerie, lecz zachodnie. Bez nich długo jeszcze byłby zdolnym malarzem z Tarnowa, po krakowskiej ASP, promowanym przez ambitne polskie galerie, próbujące przebić się do trzeciej lub czwartej ligi światowego rynku, korzystając, nota bene, z ministerialnych grantów, by móc wykupić drogie stoiska na targach sztuki.

Jaka jest relacja współczesnej sztuki i ekonomii?

K.S.:
Styk sztuki i ekonomii to nie tylko warunki funkcjonowania sztuki i artystów. W końcu bowiem dochodzi do transakcji i sprzedaży dzieła sztuki. Trafia ono do salonu nad kanapę lub nad małżeńskie łoże, do gabinetu, lobby etc. Ale także do kolekcji, którą buduje się świadomie, przez lata, nierzadko całe życie, według własnego gustu, ale i programu. Często kolekcje wypełniają całe domy, nieraz są tak bogate, że nie zmieściłyby się w pałacu. Liczą po kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy obiektów.

Także w Polsce?

K.S.:
Oczywiście, przynajmniej teoretycznie, najważniejsze kolekcje tworzą muzea narodowe i inne państwowe placówki, tworzą je od kilkudziesięciu lat, od końca XIX i początku XX wieku. O ile jednak początki tego kolekcjonowania były szczytne i opierały się na zasadach ogólnie w Europie i na świecie przyjętych, o tyle po 1945 r. w Europie Wschodniej wdrożono nowe standardy, znacznie odbiegające od pierwotnych norm. Wartości zastąpiła nawet nie poprawność, lecz całkowita uległość polityczna, zgodność z obowiązującą doktryną. Dodając do tego zubożenie muzeów w latach 70., a zwłaszcza 80. XX wieku, można mówić o załamaniu się systemu racjonalnego i reprezentatywnego dla wartościowych i nowatorskich zjawisk w sztuce krajów wschodniej Europy od blisko ćwierćwiecza. Rzecz jasna, w trosce o zachowanie ciągłości zbiorów, muzea podejmowały i podejmują starania pozyskiwania darów od wybranych artystów albo prywatnych sponsorów. Nie jest to jednak wystarczające.

Bardzo pozytywnym zjawiskiem, signum temporis naszych czasów, w Europie Wschodniej i Środkowej jest powstawanie prywatnych kolekcji, które realizując ambicje swoich twórców, stanowią uzupełnienie zbiorów muzealnych, przeżywających stały kryzys. Zwłaszcza odnosi się to do kolekcji prywatnych, które mają ambicje prezentacji całościowej, zarówno w aspekcie historycznym, jak i rodzajowym oraz gatunkowym, a także z założenia są udostępniane publiczności. Taki system działa od pierwszych dziesięcioleci XX w. w USA i tam święci największe triumfy, gdyż MoMA i Guggenheim Museum to najważniejsze placówki gromadzące i popularyzujące dzieła sztuki nowoczesnej na świecie. Podobnych, prywatnych ośrodków tego typu jest też wiele w Europie. Także w jej wschodniej części.

Jak reprezentuje się na tym tle Polska?

K.S.:
Wyjątkowo dobrze w tym regionie wypadają prywatne muzea i centra sztuki na Ukrainie, słabo natomiast wypada Polska, gdzie istnieją bogate, nawet bardzo, kolekcje, ale bez instytucji, które by je upubliczniały. Dobrym przykładem jest także Litwa, kraj bez porównania mniejszy od Ukrainy czy Polski, gdzie jednak idea tworzenia i organizowania kolekcji sztuki o charakterze przeglądowym i nastawionym na publiczny ogląd, została zrealizowana w postaci Centrum Sztuki Nowoczesnej w Wilnie. W ciągu kilku lat systematycznej działalności, MMC od podstaw zgromadziło imponujące zbiory litewskiej sztuki współczesnej i chce je prezentować publiczności krajowej i zagranicznej.

W Polsce istnieją duże, wciąż wzbogacane kolekcje sztuki współczesnej, być może większe od tej Ukraińca Wiktora Pinczuka czy Litwina Wiktora Butkusa, ale tylko być może, bo nie są prezentowane w żadnym muzeum czy centrum sztuki, zdobiąc przepastne wnętrza magazynów.

Jak ocenia Pan twórczość współczesnej sceny malarskiej w Polsce?

K.S.:
Nie chciałbym mówić tylko o wartościach, bo pod tym względem jesteśmy europejską i światową potęgą. Na najwyższym światowym poziomie pracuje w Polsce przynajmniej kilkudziesięciu malarzy. Wielu z nich prowadzi bardzo ożywioną działalność wystawienniczą i targową we własnym zakresie i nie bez sukcesów. Są to jednak sukcesy raczej incydentalne, niż – chciałoby się powiedzieć – systemowe, trwałe, przewidywalne, choć, miejmy nadzieję, kiedyś takie będą.

Inna grupa wiąże swoje losy z krajowymi galeriami prywatnymi i powierza fachowcom, najczęściej raczej „przysposobionym”, niż odpowiednio wyedukowanym, rozwój swojej kariery. Nierzadko podpisują kontrakt (nieliczni), zapewniający względną stabilizację zawodową, częściej zobowiązują się do lojalności wobec galerii, które obiecują i zwykle zapewniają wystawy, udział w targach, sprzedaż prac.

Jednak największym marzeniem niemal każdego polskiego artysty jest przede wszystkim kontakt i współpraca, a także w końcu kontrakt z galerią lub galeriami zachodnimi. Bo dopiero to gwarantuje, choć nie zawsze, pełnoprawny udział w światowym (czy choćby europejskim) rynku sztuki.

Z tej, wspomnianej na wstępie, dość licznej grupy artystów, na stałe z galeriami zachodnimi współpracuje może kilkunastu, a z tymi naprawdę ważnymi – czterech albo pięciu malarzy polskich.


kk

  • RSS
Dodaj artykuł do: Facebook Wykop.pl twitter.com

Przeczytaj również:



Komentarze

  

Dodaj komentarz (10-500 znaków)

inwestowanie