PTU mogło być wielkie, a jest wystawiane na sprzedaż

11.06.2010 12:11  Ubezpieczenia
PTU mogło być wielkie, a jest wystawiane na sprzedaż
Polskie Towarzystwo Ubezpieczeniowe (należące dawniej do FSO Daewoo TU) miało szansę stać się drugim w kraju, porównywalnym z PZU, polskim ubezpieczycielem. Jednak projekt stworzenia na jego bazie dużego towarzystwa zablokowano, a PTU wkrótce przejmie zagraniczny inwestor. Czy w ten sposób domknięty zostanie słynny Trójkąt Buchacza i spółka wyjdzie ostatecznie spod kontroli rodzimych podmiotów gospodarczych?

Grupa Ciech, właściciel 45 proc. udziałów w Polskim Towarzystwie Ubezpieczeniowym, negocjuje właśnie sprzedaż pakietu akcji PTU. Jak poinformował ostatnio Ryszard Kunicki, prezes Ciechu, transakcja może nastąpić jeszcze w czerwcu.

Otrzymaliśmy wiążącą ofertę, która odpowiada naszym oczekiwaniom. Ogólne warunki, w tym kwota za pakiet akcji ubezpieczyciela, zostały już określone – powiedział Polskiej Agencji Prasowej Ryszard Kunicki.

Pieniądze z transakcji sprzedaży PTU mają być przeznaczone na redukcję zobowiązań finansowych Grupy. Prezes przyznał, że cena za PTU jest wyższa niż 90 mln zł. Cały czas w tajemnicy utrzymywane jest jednak, kto kupi akcje ubezpieczyciela. Media sugerują, że w grę wchodzić może niemieckie towarzystwo Gothaer. Ciech nie komentuje jednak tych informacji.

Ciech od kilku lat starał się pozbyć udziałów w PTU. I tak naprawdę najważniejsze w całej sprawie nie jest to, kto je kupi, ale jak znalazły się one w rękach chemicznej grupy.

Reasekuracja przez prowizje

Jeszcze nieco ponad 10 lat temu PTU nosiło nazwę Daewoo TU (pakiet kontrolny ubezpieczyciela należał do FSO) i plasowało się na 4 miejscu w ścisłej czołówce polskich ubezpieczycieli, z setkami tysięcy właścicieli samochodów daewoo, każdego roku zasilającymi portfel towarzystwa składkami ubezpieczeniowymi 600 tys. Polaków. Jednak wraz z kłopotami fabryki samochodów rozpoczęły się również problemy finansowe DTU, m.in. spowodowane wyprowadzaniem pieniędzy ubezpieczyciela poprzez różnego rodzaju prowizje, za fikcyjne usługi konsultacyjne lub brokerskie, dokonywane np. przez firmy lokowane za granicą.

Jedną z takich firm była mała spółka Daymace Financial Services, zarejestrowana na początku lat 90. w Cardiff, z biurem w Cambridge (Daedalus House przy Station Road). Firma ta działała bez przeszkód do 2002 r., kiedy to została zamknięta, a władze Wielkiej Brytanii zabroniły jej dalszej działalności. Jak wynika z corocznych zeznań finansowych, w tym czasie spółka ta nie prowadziła prawie żadnej działalności. Nie przynosiła zysków. Nie świadczyła żadnych usług, poza małymi wyjątkami… W 1999 r. wartej zaledwie 2 funty DFS powierzono przygotowanie i realizację wartej 270 mln zł umowy reasekuracyjnej zawartej między DTU a Polskim Towarzystwem Reasekuracyjnym. 2 proc. prowizji od tej kwoty, czyli 5,4 mln zł (1 mln funtów) zarobiła wówczas Daymace Financial Services, oficjalnie zajmująca się doradztwem finansowym – pośrednik w całym przedsięwzięciu.

Pośrednicy bardzo często pomagają w podpisywaniu tego typu umów – tłumaczył swego czasu mediom Krzysztof Jarmuszczak, ówczesny prezes PTR. – Zwykle nie mamy mocy przerobowych, by dać sobie radę z formalnoprawną obsługą całego przedsięwzięcia i dlatego korzystamy z pomocy takich firm. Tak też było w tym przypadku. Większość naszych umów załatwiamy przez brokerów.

Tu nie ma mowy o żadnych nadużyciach czy przywożeniu pieniędzy w walizkach do kraju – wtórował mu wiceprezes PTR Roman Fulneczek. – To normalna procedura.

Wkrótce po tym, jak zawarto wspomnianą umowę reasekuracyjną między DTU a PTR, spółka pośrednika zniknęła z finansowego rynku. A już w czasie negocjacji tej umowy pracownicy DTU mieli problem ze skontaktowaniem się z pracownikami angielskiego DFS. Prokuraturze, która wspólnie z ABW prowadziła potem w tej sprawie śledztwo, udało się odnaleźć niespełna 1 mln zł.

Skarbek, czyli wielka fuzja

Ile dokładnie takich transakcji miało miejsce w DTU, nie wiadomo. Ostatecznie w 1999 r. nadzór ubezpieczeniowy wprowadził do siedziby firmy zarząd komisaryczny, który miał zająć się sanacją towarzystwa. Wkrótce potem rozpoczęły się negocjacje z koreańskim Daewoo na temat oddłużenia warszawskiej FSO. W tle międzynarodowych rokowań wybuchł zaś ostry konflikt, o to co zrobić z należącym do fabryki towarzystwem ubezpieczeniowym. Negocjatorzy, reprezentujący Skarb Państwa w sporze z koreańskim koncernem, któremu Polska winna była 1,4 mld dol. przygotowali program stworzenia na bazie DTU dużego towarzystwa ubezpieczeniowego. Skarbek, bo taką nosił nazwę, zakładał połączenie DTU z innym polskim ubezpieczycielem Samopomocą. Oba TU miały dosyć pokaźny portfel i po fuzji automatycznie mogły awansować nawet na 3 miejsce wśród działających na polskim rynku firm ubezpieczeniowych. Za połączeniem obu spółek byli ich ówcześni prezesi i przedstawiciele organów właścicielskich. – To było doskonałe rozwiązanie – przyznaje Stanisław Adamski, w tamtym czasie jeden z dwóch akcjonariuszy Samopomocy. – Fuzja od razu stawiałaby nowe towarzystwo w krajowej czołówce, a przy dobrym zarządzaniu gwarantowałaby szybki wzrost w udziale na rynku polis tylko w stopniu nieco mniejszym niż w owym czasie miało PZU. Program przygotowany był w taki sposób, aby w krótkim czasie na bazie polskich towarzystw powstało jedno duże, które ostatecznie byłoby własnością dużych państwowych i prywatnych podmiotów gospodarczych, na wzór akcjonariatu Polkomtela.

Rządowy opór SLD

W 2001 r. Skarbek trafił na ministerialne biurka resortu skarbu, finansów i Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeniowego, co miało pomóc w jego realizacji. Chodziło m.in. o wytypowanie dużych firm, które miałyby objąć udziały w akcjonariacie nowego ubezpieczyciela. Przez ponad rok urzędnicy nie byli w stanie zrealizować projektu. Zniechęceni oporem administracji rządu SLD właściciele Samopomocy odsprzedali udziały w towarzystwie niemieckiemu HDI. Kilka miesięcy później dobiegały końca polsko-koreańskie rokowania dotyczące oddłużenia FSO. Nierozwiązana pozostawała cały czas kwestia DTU, którego fabryka samochodów była w 87,43 proc. głównym udziałowcem (udziałów wartych nominalnie 87 mln zł). Towarzystwem kierował trzeci już z kolei zarządca komisaryczny. – W trakcie negocjacji liczyliśmy się z tym, że nasze ewentualne niepowodzenie kosztowało będzie pracowników FSO miejsca pracy – tłumaczy jeden z polskich przedstawicieli. – Zakładaliśmy, w wersji najbardziej pesymistycznej, że jeśli do tego dojdzie, środki ze zbycia DTU zostaną przeznaczone na odprawy i odszkodowania. Towarzystwo było wówczas warte ok. 400 mln zł. Same jego depozyty sięgały 100 mln zł, a w grę wchodził los 3,5 tys. zatrudnionych w zakładzie i ok. 15 tys. osób z firm z nim kooperujących.

To była swoista rezerwa na czarną godzinę – mówił wówczas Michał Relewicz, członek zarządu Daewoo-FSO.

Po nieudanej fuzji szukaliśmy dla DTU źródła dokapitalizowania – wyjaśnia jeden z pracowników towarzystwa. – By przetrwać potrzebowało ono żywej gotówki. Szukał jej także zarząd komisaryczny.

Feralny maj

Wiosną 2003 r. władze DTU (zarząd komisaryczny) przeforsowały w nadzorze ubezpieczeniowym, któremu szefował wówczas b. prezes PZU Jan Monkiewicz, dokapitalizowanie DTU na kwotę 60 mln zł. Do dotychczasowych udziałowców towarzystwa (głównie FSO) dołączyło pięciu nowych. Jednak z 60 mln zł, jakie mieli oni wnieść do spółki, faktycznie trafiło tylko 15 mln zł. Resztę stanowiły aporty akcji różnych spółek.

Prawie połowę udziałów przejął Ciech. Grupa weszła do DTU za pośrednictwem dwóch swoich spółek Janikosody i Soda Mątwy. Niemal 25 proc. akcji firmy przejęło Polskie Towarzystwo Reasekuracyjne. PTR jako jedyne wniosło żywą gotówkę – 15 mln zł. Nowymi właścicielami towarzystwa stały się również dwie prywatne firmy Matrix.pl oraz Investa. Przejęły 24 proc. DTU, nie wkładając ani złotówki, lecz wnosząc aportem akcje działającej na rynku teleinformatycznym firmy Pro Futuro. Akcje Pro Futuro warte były wówczas nominalnie 200 zł za sztukę, jednak przy tej transakcji wyceniono je na 29 tys. zł każda!

Ta wirtualna wycena nie dziwiła nikogo, tak w zarządzie komisarycznym, jak i KNUiFE, trzymającej pieczę nad całą transakcją. Nikomu też nie przeszkadzało, że w ostatnich dwóch latach przed dokapitalizowaniem DTU Pro Futuro przyniosło ponad 50 mln zł strat.

FSO straciło ponad 80 mln zł

Jak na zabiegu sanacyjnym wyszła Daewoo-FSO? Firma straciła na dokapitalizowaniu DTU 87,43 proc. udziałów w towarzystwie. Fabryka musiała się zadowolić zaledwie 2 proc., wartymi niespełna 1,7 mln zł. Przypomnijmy – z planowanych 60 mln zł do kasy ubezpieczyciela trafiło ledwie 15 mln.

Co ciekawe zmiany w akcjonariacie DTU, którego nazwę zmieniono na PTU, zostały wprowadzone do Krajowego Rejestru Sądowego 23 maja 2003 r. tuż po godz. 20.16! Był to ostatni dzień z kadencji zarządu komisarycznego w DTU. Nazajutrz ubezpieczycielem znów miało zarządzać Daewoo-FSO.

W nowym towarzystwie przewodniczącym rady nadzorczej został Ireneusz Sitarski, do kwietnia 2003 r. wiceminister skarbu w gabinecie Wiesława Kaczmarka. To Sitarski wydał zgodę na to, by spółki Ciechu (Janikosoda i Soda Mątwy) weszły do DTU. Prezesem nowego towarzystwa została… Grażyna Brocka, jeden z ostatnich komisarzy powołanych przez Komisję Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych.

Na to, by udziały FSO w spółce Daewoo Towarzystwo Ubezpieczeniowe spadły z 87 do 2 proc., zgodził się wiceminister finansów w gabinecie Grzegorza Kołodki Andrzej Sopoćko. Dwóch jego poprzedników nie chciało przystać na taką zmianę. Każdy z nich przepracował potem kilkanaście dni i odchodził ze stanowiska.

Po dokapitalizowaniu DTU i zmianie jego nazwy na PTU FSO oddało sprawę do sądu.

Walczymy o odzyskanie towarzystwa, ale jest już ono w cudzych rękach – przyznał w jednym z wywiadów w 2003 r. Michał Relewicz.

Sądowa batalia ciągnęła się przez kolejne 7 lat. W jej trakcie na jaw wyszło, że jednemu z zarządców komisarycznych dr Anatolowi Adamskiemu (wieloletni prezes PZU) przedstawiciel francuskiego inwestora, chcącego kupić DTU, oferował 1 mln zł łapówki. Miało to miejsce w czerwcu 2002 r., 10 dni po nominacji na komisarza. – Mężczyzna podał się za łącznika francuskiej firmy Arjil, pośredniczącej w rozmowach z towarzystwem Assurance 2000, które chciało zainwestować w DTU. Chciał się ze mną spotkać – ujawnił potem Super Expressowi Anatol Adamski. – Prosił, by do spotkania doszło na neutralnym gruncie. W kawiarni hotelu Mercury. Pojechałem. Był doskonale zorientowany w sprawie. Powiedział, że jeżeli będę z nimi współpracował, uzyskam milion złotych. Chodziło o to, żebym grał w ich drużynie, czyli załatwiał wszystko tak, jak będą chcieli.

Rozmówca Adamskiego proponować miał m.in. wykluczenie z DTU jego głównego właściciela – spółki Daewoo-FSO. Podpisywane umowy miały być oczywiście niekorzystne dla towarzystwa, ale nie dla Żerania.

Anatol Adamski poinformował o sprawie prof. Jana Monkiewicza, prezesa Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych. W cotygodniowym raporcie do niego napisał o korupcyjnej propozycji Francuzów. – Po jaką cholerę piszesz o takich rzeczach? – pytał mnie potem Monkiewicz. – Może dla ciebie to jest gówno, dla mnie nie – odpowiedziałem – ujawnił potem na łamach prasy Adamski.

Gdy próbował pytać później Francuzów z Arjil o dziwną propozycję, ci ucinali: „To jakieś nieporozumienie”. Na następnych spotkaniach nie chcieli już jednak rozmawiać z Adamskim i przedstawicielami innych polskich firm, chętnymi do wspólnej inwestycji w DTU. Podczas jednej z takich wizyt doszło do nieoczekiwanego incydentu: Francuzi wyprosili Polaków z jego gabinetu. Gdy zaprotestował, jeden z nich powiedział: „Uzgodniłem wszystko z prof. Monkiewiczem. Wykładamy 25 mln zł gotówki. 10 mln dorzucamy w akcjach i przejmujemy 45-procentowy pakiet kontrolny w DTU.”

Zachowywali się, jakby mieli już DTU na własność, zupełnie jakby byli u siebie – wspomina jeden z biorących udział w spotkaniu polskich biznesmenów.

Ostatecznie, twierdził w 2003 r. Adamski, udało się zablokować podpisanie niekorzystnej umowy. Francuzi wycofali się z interesu.

2. milion dla Adamskiego

Na przełomie sierpnia i września 2002 r. miało dojść do drugiej propozycji korupcyjnej dla Anatola Adamskiego. W tym czasie trwały rozmowy na temat przedłużenia umowy reasekuracyjnej DTU w Polskim Towarzystwie Reasekuracyjnym. Daewoo TU miało zapłacić PTR 100 mln zł składki. W gabinecie wiceprezesa PTR Romana Fulneczka Anatol Adamski miał podczas omawiania warunków transakcji otrzymać nieoczekiwaną ofertę. – Fulneczek zaproponował mi podział pieniędzy z brokerskiej prowizji. Zapytał: Co byś na to powiedział, gdybyśmy po podpisaniu umowy między DTU a PTR pieniądze przekazali za pośrednictwem brokera przez Brukselę? W grę wchodził milion złotych. Drugi miał dostać broker – wyjaśniał prasie dr Adamski. – Jak to? – zapytałem. – Pieniądze z ul. Jagiellońskiej mają iść na ul. Bytomską, przez Brukselę? Nie zgodziłem się.

Z podpisaniem tej umowy wstrzymano się do czasu, gdy Adamski odszedł. Uczynił to jakiś czas później na wyraźną prośbę Monkiewicza. Miejsce Adamskiego zajęła jego zastępczyni Grażyna Brocka. Transakcję doprowadzono do końca, korzystając z pośrednictwa… brokera.

Dziś PTR ma 24 proc. udziałów w PTU. Roman Fulneczek pytany przez Super Express o szczegóły rozmów z Anatolem Adamskim zaprzeczał. – Nigdy nie proponowałem Anatolowi Adamskiemu żadnej prowizji brokerskiej.

Jan Monkiewicz, ówczesny prezes KNUiFE, twierdził, że nic nie wiedział o korupcyjnych propozycjach, jakie otrzymywał jej urzędnik. Ani jej przewodniczący, ani żaden z przedstawicieli nie uczestniczył zaś w negocjowaniu umowy inwestycyjnej z żadnymi inwestorami.

Po dokapitalizowaniu DTU i zmianie jego nazwy na PTU Kazimierz Marcinkiewicz złożył w sprawie towarzystwa poselską interpelację. – To ewidentny przykład próby domknięcia Trójkąta Buchacza – tłumaczyli w sejmowych kuluarach posłowie ówczesnej opozycji.

Sądowy wyrok

Czy Trójkąt Buchacza, czyli mechanizm „żonglowania” udziałami spółek Skarbu Państwa pomiędzy podmiotami tak, aby wyszły one spod kontroli początkowego i prawowitego właściciela, udało się domknąć w marcu tego roku? Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił wówczas w całości powództwo FSO. Uznał, że uchwały Zarządu Komisarycznego PTU w sprawie podwyższenia kapitału są ważne i… nie były sprzeczne z zasadami współżycia społecznego – głosi komunikat prasowy PTU. – Sąd określił interes spółki i interes ubezpieczonych za wartość nadrzędną w stosunku do interesu akcjonariusza, który jednocześnie przyczynił się do doprowadzenia spółki niemalże na skraj bankructwa. Decyzja sądu z 18 marca br. kończy ostatecznie wieloletni spór sądowy pomiędzy FSO a PTU – dodaje Marek Maciaś, rzecznik prasowy PTU.

W czerwcu 45 proc. akcji PTU zapewne będzie już miało nowego właściciela.    

Piotr Sieńko
Gazeta Finansowa, 04.06.2010 r.

jn



  • RSS
Dodaj artykuł do: Facebook Wykop.pl twitter.com

Komentarze

  

Dodaj komentarz (10-500 znaków)

finanse_osobiste